Tak naprawdę modliłam się o najlepszego dla mnie męża. Miałam pewien
błysk co do tego, który z pewnych względów też zachować dla siebie
muszę. Ale inne łaski:
- miałam lepszą organizację
czasu ( u mnie to naprawdę jest problem; wychodzę z założenia, że czas
każdy ma, tylko pytanie co z nim robi)
-Nowenna
przypomniała mi się w czasie, gdy przestałam się modlić, popadłam w
beznadzieję. Na początku nie miałam dość siły jakby woli by modlić się
ustami, więc modliłam się myślnie. Potem już w końcu i ustnie. Zaczęłam
znów częściej chodzić na Eucharystię (w tygodniu), odważniej świadczyłam
o Bogu (a jestem tchórzem). Co do chodzenia Eucharystii, byłam po
prostu przyciągana wewnętrznie tak silnie, pociągana pragnieniem nie do
odparcia wręcz. Tak, że wczoraj w wihurę ze śniegiem poszłam, nie
wiedząc dokładnie kiedy mam autobusy i jak dostanę się do Kościoła,
pragnęłam też Adoracji Najświętszego Sakramentu, na której byłam.
Autobusy mi się zgrały, łącznie z powrotnym. Miałam też ciekawą
sytuację, bo nie wiedziałąm czy czekać na autobus czy stać (bo mógł być,
a mógł się spóźnić). Wewnętrznie słyszę, że mam czekać... ale w pewnym
momencie, gdy zawiało tak, że blahy aż zadygotały od przystanku...
ruszyłąm w drogę... Jeju! Co to było! To mi potem zobrazowało coś. Tak
wygląda życie bez Boga - jedna wielka wihura i lęk, niepokój. Szłąm... a
wiatr taki opór stawiał, bałam się. Modlę się, żeby Jezus uciszył ten
wiher jak na jeziorze burzę. Ale On uspokaja mnie, że jest ze mną, żebym
nie panikowała. Efekt był taki, że na kolejny przystanek dotarłam
idealnie w czas, bo autobus na który miałam czekać na tamtym, zaraz
podjechał na tym. Cóż, mój mały bunt, zwatpiłam. Mogło mnie to ominąć.
Ale było też lekcją, która mi coś pokazała. Nie chcę żyć bez Boga.
-
miałam małą sprzeczkę ze znajomą wczoraj, ale szybko się pogodziłyśmy.
Ta jednak sprzeczka mi coś uświadomiła. Chociaż mnie na początku bolało,
teraz mam pewne zrażenie się jeszcze, to w sumie pokazała mi wartość
pokory do budowania wielkich dzieł jako potwierdzenie po mej rozmowie ze
spowiednikiem. Ona po prostu czyni to co konieczne, sieje też miłość
jak umie w czynach. Ona była ostatnio chwalona przez wykładowców - a nie
ja.Ale o tym później. Co więcej odebrała mnie tak, jakbym olewała co
nieco zajęcia (spóźnienia i nieobecności z mego wyboru i decyzji). Co do
spóźnień, to było ono wczoraj małe i ma obecność była z natchnienia, bo
ja o mało bym nie poszła wcale, ale Bóg mnie przekonał wewnętrznie, dał
siłę i ochotę. Ja nie cierpię się spóźniać! Naprawdę! I nie lubię nie
pójść na wykład, bo wpadam w dół pewien, beznadzieję coraz głębiej i się
rozluzowuję. Ale w tym roku może max 3-4 razy się spóźniłam na tym
kierunku z którym z nią chodzę, a jako moja wina z różnych powodów nie
byłam raptem na 4 wykładach w tym semestrze, na pozostałych nie jestem,
jeśli muszę być na drugim kierunku na zajęciach. I w tym roku mniej
opuszczam w ogóle zajęć. Ale zbieram pokłosie tego co siałam w
poprzednie lata. Jestem też zimna, coraz bardziej skryta, zamknięta,
coraz bardziej boję się kochać ludzi i miłość im okazywać. Wiem, jestem
poraniona... i jestem wobec tego bezsilna, ten lęk mnie paraliżuje. Chcę
by było inaczej, a pokazuję nieraz hardą twarz, obojętną. Zwłaszcza do
mężczyzn. Ba, mogę nawet ich unikać i uciekać od nich. Zaczynając od
uciekania wzrokiem i ignorowania ich obecności.Ja nie chcę być taka! Ja
po prostu się panicznie boję! I chcę by z takiego społecznego lęku Bóg
mnie wyzwolił. Nieraz pragnę kochać kogoś, a zaraz sama siebie hamuję i
blokuję wewnętrznie... to takie trudne. Skąd ten mechanizm jest w
zasadzie wiem, ale bardzo przeszkadza mi żyć.
Kto sieje
miłość, ten zbiera miłość... ona ją siała, i ją otrzymała. Więc
poczułam się wczoraj zazdrosna i gdy była też pochwalona, jednak będąc w
tym uczuciu w kontakcie z Bogiem, mówiąc Mu na bieżąco co się ze mną
dzieję, zobaczyłam po prostu to, że to co się sieje - to się zbiera. Ja
dążyłam do czegoś więcej, ale dążyłam w teorii, w samych pragnieniach -
bez realizacji. Marzenia o wielkich czynach, byciu naj, błyszczeniu a
jednocześnie zamiast skupieniu się na tym co konieczne do zaliczenia
przedmiotu, rozpraszanie siły. Tymczasem fundamentem wielkich dzieł jest
właśnie pokora. Małe kroki i konieczne kroki. Jak ponoć św. Franciszek z
Asyżu powiedział (przepis na zrobienie czegoś niemożliwego): zacząć od
tego co konieczne, potem zrobić to co możliwe, a potem się okaże że
dokonaliśmy niemożliwego. Tak to przepis dla mnie. Tylko to konieczne
jest nudne, niewidoczne. Pozornie. Ona robi to co konieczne i w końcu to
zaowocowało. A ja w wiedzy nie mam minimalnego pułapu co do wymagań
studiów, cudem zdawałam egzaminy i zaliczenia z Bożego Miłosierdzia, co
więcej wiem coraz mniej.
Też więc owocem nowenny chyba
mogę określić to, że tli się we mnie malutkie pragnienie nie
błyszczenia. Wiele przeze mnie przez pragnienie pychy trującego
niepokoju. A pokora przynosi ciszę, ukojenie, pokój wewnętrzny.
Pewne
jednak owoce będą też po prostu owocami Spowiedzi Świętej, ale uważam,
że mniej opuszczałam zajęć w ogóle w czasie nowenny (chociaż krótkim).
Większą miałam ochotę na nich być.
Znajdzie się na pewno jeszcze więcej łask. Jak mi się jakie jeszcze przypomną to najwyżej dopiszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz