sobota, 7 grudnia 2013

Otrzymane łaski...

Tak naprawdę modliłam się o najlepszego dla mnie męża. Miałam pewien błysk co do tego, który z pewnych względów też zachować dla siebie muszę. Ale inne łaski:

- miałam lepszą organizację czasu ( u mnie to naprawdę jest problem; wychodzę z założenia, że czas każdy ma, tylko pytanie co z nim robi)

-Nowenna przypomniała mi się w czasie, gdy przestałam się modlić, popadłam w beznadzieję. Na początku nie miałam dość siły jakby woli by modlić się ustami, więc modliłam się myślnie. Potem już w końcu i ustnie. Zaczęłam znów częściej chodzić na Eucharystię (w tygodniu), odważniej świadczyłam o Bogu (a jestem tchórzem). Co do chodzenia Eucharystii, byłam po prostu przyciągana wewnętrznie tak silnie, pociągana pragnieniem nie do odparcia wręcz. Tak, że wczoraj w wihurę ze śniegiem poszłam, nie wiedząc dokładnie kiedy mam autobusy i jak dostanę się do Kościoła, pragnęłam też Adoracji Najświętszego Sakramentu, na której byłam. Autobusy mi się zgrały, łącznie z powrotnym. Miałam też ciekawą sytuację, bo nie wiedziałąm czy czekać na autobus czy stać (bo mógł być, a mógł się spóźnić). Wewnętrznie słyszę, że mam czekać... ale w pewnym momencie, gdy zawiało tak, że blahy aż zadygotały od przystanku... ruszyłąm w drogę... Jeju! Co to było! To mi potem zobrazowało coś. Tak wygląda życie bez Boga - jedna wielka wihura i lęk, niepokój. Szłąm... a wiatr taki opór stawiał, bałam się. Modlę się, żeby Jezus uciszył ten wiher jak na jeziorze burzę. Ale On uspokaja mnie, że jest ze mną, żebym nie panikowała. Efekt był taki, że na kolejny przystanek dotarłam idealnie w czas,  bo autobus na który miałam czekać na tamtym,  zaraz podjechał na tym. Cóż, mój mały bunt, zwatpiłam. Mogło mnie to ominąć. Ale było też lekcją, która mi coś pokazała. Nie chcę żyć bez Boga.

- miałam małą sprzeczkę ze znajomą wczoraj, ale szybko się pogodziłyśmy. Ta jednak sprzeczka mi coś uświadomiła. Chociaż mnie na początku bolało, teraz mam pewne zrażenie się jeszcze, to w sumie pokazała mi wartość pokory do budowania wielkich dzieł jako potwierdzenie po mej rozmowie ze spowiednikiem. Ona po prostu czyni to co konieczne, sieje też miłość jak umie w czynach. Ona była ostatnio chwalona przez wykładowców - a nie ja.Ale o tym później. Co więcej odebrała mnie tak, jakbym olewała co nieco zajęcia (spóźnienia i nieobecności z mego wyboru i decyzji). Co do spóźnień, to było ono wczoraj małe i ma obecność była z natchnienia, bo ja o mało bym nie poszła wcale, ale Bóg mnie przekonał wewnętrznie, dał siłę i ochotę. Ja nie cierpię się spóźniać! Naprawdę! I nie lubię nie pójść na wykład, bo wpadam w dół pewien, beznadzieję coraz głębiej i się rozluzowuję. Ale w tym roku może max 3-4 razy się spóźniłam na tym kierunku z którym z nią chodzę, a jako moja wina z różnych powodów nie byłam raptem na 4 wykładach w tym semestrze, na pozostałych nie jestem, jeśli muszę być na drugim kierunku na zajęciach. I w tym roku mniej opuszczam w ogóle zajęć. Ale zbieram pokłosie tego co siałam w poprzednie lata. Jestem też zimna, coraz bardziej skryta, zamknięta, coraz bardziej boję się kochać ludzi i miłość im okazywać. Wiem, jestem poraniona... i jestem wobec tego bezsilna, ten lęk mnie paraliżuje. Chcę by było inaczej, a pokazuję nieraz hardą twarz, obojętną. Zwłaszcza do mężczyzn. Ba, mogę nawet ich unikać i uciekać od nich. Zaczynając od uciekania wzrokiem i ignorowania ich obecności.Ja nie chcę być taka! Ja po prostu się panicznie boję! I chcę by z takiego społecznego lęku Bóg mnie wyzwolił. Nieraz pragnę kochać kogoś, a zaraz sama siebie hamuję i blokuję wewnętrznie... to takie trudne. Skąd ten mechanizm jest w zasadzie wiem, ale bardzo przeszkadza mi żyć.

Kto sieje miłość, ten zbiera miłość... ona ją siała, i ją otrzymała. Więc poczułam się wczoraj zazdrosna i gdy była też pochwalona, jednak będąc w tym uczuciu w kontakcie z Bogiem, mówiąc Mu na bieżąco co się ze mną dzieję, zobaczyłam po prostu to, że to co się sieje - to się zbiera. Ja dążyłam do czegoś więcej, ale dążyłam w teorii, w samych pragnieniach - bez realizacji. Marzenia o wielkich czynach, byciu naj, błyszczeniu a jednocześnie zamiast skupieniu się na tym co konieczne do zaliczenia przedmiotu, rozpraszanie siły. Tymczasem fundamentem wielkich dzieł jest właśnie pokora. Małe kroki i konieczne kroki. Jak ponoć św. Franciszek z Asyżu powiedział (przepis na zrobienie czegoś niemożliwego): zacząć od tego co konieczne, potem zrobić to co możliwe, a potem się okaże że dokonaliśmy niemożliwego. Tak to przepis dla mnie. Tylko to konieczne jest nudne, niewidoczne. Pozornie. Ona robi to co konieczne i w końcu to zaowocowało. A ja w wiedzy nie mam minimalnego pułapu co do wymagań studiów, cudem zdawałam egzaminy i zaliczenia z Bożego Miłosierdzia, co więcej wiem coraz mniej.

Też więc owocem nowenny chyba mogę określić to, że tli się we mnie malutkie pragnienie nie błyszczenia. Wiele przeze mnie przez pragnienie pychy trującego niepokoju. A pokora przynosi ciszę, ukojenie, pokój wewnętrzny.

Pewne jednak owoce będą też po prostu owocami Spowiedzi Świętej, ale uważam, że mniej opuszczałam zajęć w ogóle w czasie nowenny (chociaż krótkim). Większą miałam ochotę na nich być.

Znajdzie się na pewno jeszcze więcej łask. Jak mi się jakie jeszcze przypomną to najwyżej dopiszę. 


Byłby to 11 dzień...

W czwartek, 9 dnia mej nowenny, nie specjalnie, nie zamierzenie mi się przerwała. Może gdybym, czegoś zaniechała, czasowo i siłowo bym zdążyła z Nowenną, ale w tamtej chwili nie pomyślałam o tym, a i było to coś czego bardzo pragnęłam i dziękowałam Bogu potem, bo byłam szczęśliwa jak niemowlę. Nie łączyłabym więc tego wydarzenia jako "winowajcę" że się nie wyrobiłam. Przecież jest tyle zżeraczy czasu, źle wykorzystanych luk, które można poświęcić na modlitwę. O co chodzi - zachowam dla siebie, co to za wydarzenie. Było dla mnie cenne. Czym było... okaże się w czasie.

Tego dnia po prostu w pewnym momencie poszłam spać bo zmęczenie było silniejsze. Poszłam spać niby nie idąc spać, bo nawet chyba zostawiłam światło zapalone jak pamiętam, więc w efekcie spałam z Różańcem i Biblią. Jedną część udało mi się tego dnia zmówić do końca, pozostałe dwie nie.

Na następny dzień, czując, że po prostu "noga mi się pośliznęła" z nadzieją, że Maryja przyjmie mą modlitwę jako jeszcze Nowennę, nadrobiłam straty. Ale znowu tego dnia, uciekła mi 1 część Różańca. Tym razem bardziej świadomie wybrałam sen niż modlitwę, rozmawiając wcześniej, że to chyba nie ma sensu, mam problemy na studiach, tyle nauki, a 1,5 godziny piechotą nie chodzi i że mogłabym się tyyyle przez ten czas nauczyć. Czy rzeczywiście? Czy nie jest tak że bez modlitwy bardziej się rozłażę i mniej nauki? Czy nie jest tak, że do nauki akurat tego co mam, zawsze napotykałam przeszkody jakby mnie ktoś murem od przedmiotu nauki oddzielał? A wczoraj usiadłam i chociaż trochę się uczyłam, co więcej zapamiętując prawie od razu dziwnie dokładnie to co czytałam! A wcześniej nawet strategii na to nie mogłam znaleźć, a wczoraj wiedziałam jak się uczyć po modlitwie do Ducha Świętego.

Nie wytrwałam. Mój w lżejszej formie wcześniej pogląd marksistowski (wpojony, a nie z wyboru taki obrany), że modlitwa to strata czasu nasilił się i w efekcie przerwałam Nowennę, może nie w pełni chcący w mym poczuciu, w dużej mierze jako efekt czegoś, co mnie przerosło. Bez łaski pokory nie da się chyba po prostu przez tę Nowennę przejść.